Rano grzecznie wstałam, żeby się dobudzić wypiłam pierwszą kawę. Potem chciałam zrobić sobie drugą, bo obowiązki blogowe wzywały, a ja bez kawy nie dałabym im rady.
No to do kuchni polazłam, szafkę otworzyłam, słoik z kawą wyjęłam ...
a ten świnia jakby ożył nagle, z ręki mi wyskoczył, trzy salta w powietrzu zrobił, odbijając się od podłogi jeszcze dwa dołożył, tylko czekałam na odgłos rozbijanego szkła...
a ten świnia, jakby zakpić sobie ze mnie chciał, nawet się nie rozbił tylko kawę po kuchni rozsypał... W akcie zemsty wywaliłam go do śmietnika.
Niestety nie pozostało mi nic innego, jak tylko cały ten bałagan posprzątać. Odkurzacz nawet nie mrugnął i wszystkie brązowe ziarenka wciągnął. Duża kawę zamiast mnie "wypił", kofeiną się odurzył. Teraz czekam kiedy sam po domu chodzić zacznie ...
A ja dopóki kawy nowej nie kupię - na bloga nie wchodzę, bo bez kawy nie da rady ... ;)