Mam doła ...
Jakieś dwa tygodnie temu, ciemną nocą wredne licho, po cichu i bardzo złośliwie wykopało ogromniasty dół. Ja niczego nieświadoma, wstałam rano i do tego dołu wpadłam.
Wpadłam, no i siedzę sobie. Łopatkę zdobyłam, zasypywać dół zaczęłam. Niestety w połowie roboty sprzęt się połamał, więc znowu siedzę i czekam na nową dostawę łopatek. Licho na krawędzi dziury stoi i szczerzy się, świnia jedna. Jak nic wredota dla Paskudy pracuje.
Co roku o tej porze mnie takie licho do dołu wpycha. Winna temu zima, brak słońca, paskudna pogoda, która w domu mnie trzyma i utrudnia życie.
Nie lubię zimy! Jest zbyt zimna ;).
Wkurzam się, bo się wkurzam - na wszystkich i na wszystko. Ryczę, jak bóbr z byle pierdołki - najbardziej na bajkach rysunkowych dla dzieci, takich z księżniczką, księciem i Happy Endem ;). Ale największą tragedią dla mnie jest to, że nie chce mi się z nikim gadać (pisać). Zawieszam wszystkie kontakty na kołku i milczę. Zamieniam się w mniszkę, która złożyła śluby milczenia. Wnerwiam się, chciałabym, ale nie mogę. Dziwna jestem, wiem ;).
Zimą zostałam zdiagnozowana, przy każdej rocznicy patrzę wstecz i widzę ile przez rok choroba mi zabrała, widzę, że może wolno, ale jednak postępuje. Zimą jest zimno, a ja zmarzluch jestem, więc zamiast iść na spacer, siedzę w domu i za dużo myślę. Licho kopie dół ... i resztę już znacie.
Piszę tę notkę i rozmawiam z przyjaciółką, właśnie umawiamy się na kawę, więc chyba dotarła nowa łopatka . Mam nadzieję, że tym razem się nie złamie ;D.