" Katalina po
dwutygodniowym pobycie w nadmorskiej mieścinie, gdzie morze było zbyt
słone, piasek zbyt piaszczysty, a lody zbyt lodowe, wróciła do domu.
Była potwornie zmęczona codziennym opalaniem się, leżakowaniem,kąpielami
w morzu, czytaniem książek, ogólnym „nicnierobieniem”. Człowiek w końcu
nie leniwiec, robić musi. Wróciła więc i od samego progu ruszyła na
bitwę z walizkami. Wyciągnęła z ich przepaścistych czeluści to co
zawierały i nie raz, a wiele razy nakarmiła wiecznie głodny otwór
pralki. Pralka kręciła i kręciła, wodę wciągała i prała, aż wyprała. Katalina chcąc, nie chcąc musiała wyprane pranisko powiesić, żeby
wyschło. Jak wyschło musiała odpalić urządzenie grzewcze, pospolicie
zwanie żelazkiem. Odpaliła więc i prasowała, prasowała i ... prasowała,
aż wyprasowała. Potem musiała to wyprasowane rozdzielić między
właścicieli wyprasowanego mienia. Gdy już dokonała owego czynu,
posadziła umęczony zezwłok na krześle przed biurkiem, położyła
zwiędnięte rączyny na klawiaturze, sięgnęła w głąb swego jestestwa i
napisała te dziwne rzeczy, które teraz właśnie czytasz.”
Ten post powstał kilka lat temu, ale że na 90 procent pasuje do opisu tegorocznego urlopu, więc pozwoliłam go sobie odkurzyć i wrzucić tutaj. Te 10 %, które należałoby w nim zmienić, to opis plaży - była zbyt kamienista i, że nie ja wieszałam pranie, tylko moje dzieciorki :).
A teraz tak na poważnie - wakacyjny wypad zaliczam do bardzo udanych :).
A i jeszcze jedno - I love Croatia ;)

